Newsletter

Promocje | Nowości | Atrakcje

Zapisz się

Dotknąłem ran Ziemi

W środku lata 2006 roku znalazłem się, zupełnie przypadkiem, w Andach. Przeżyłem tam kilka dni, a to, co zobaczyłem, wstrząsnęło mną do głębi. Zobaczyłem tam na własne oczy bezbrzeżną nędzę, przyglądałem się z bliska ludziom żyjącym w warunkach urągających godności człowieka. Pozostawiło to trwały ślad w mojej duszy – nie jest łatwo dalej żyć, gdy się ma świadomość dziejących się na świecie tragedii.

Wydaje mi się, że zawsze byłem bardziej wrażliwy na nieszczęście innych niż moje własne. Jak większość, reaguję litością i współczuciem na cierpienie. Jeszcze rok temu bezkrytycznie akceptowałem istniejący stan rzeczy – byłem przekonany, że tak jest, bo inaczej być nie może. Żebrzącemu dałem czasem dolara, innym razem wsparłem jakąś formę działalności charytatywnej. Od czasu do czasu uroniłem łzę na widok zagłodzonych dzieci lub ciężko doświadczonych kobiet...Rok temu jeszcze byłem przekonany, że świat tak jest ułożony i już; nie przychodziło mi nawet do głowy, aby to zmienić – bo jakże to tak, zmieniać świat?

A właśnie! A może warto spróbować zmienić choćby trochę tego świata na lepszy? Niecały rok temu, w lipcu 2009 r., w peruwiańskich Andach zobaczyłem na własne oczy, z bliska, nędzę. Blisko 2 miliardy ludzi, a więc 1/4 ziemskiej populacji, wegetuje w warunkach poniżej wszelkich norm: brud, chłód, choroby, chroniczne niedożywienie i jego konsekwencje, w końcu beznadzieja i apatia. Wydaje mi się, że zdjęcia byłyby tutaj zbyteczne, chociaż zrobiłem ich tam niemało. Są one zawsze takie same, znacie je z mediów. Wielu z nas pamięta również lata 80., a i teraz nie brak przykładów także i w naszym kraju.

Od lat dobrzy, wrażliwi ludzie pomagają tym, którzy cierpią nędzę. Karmią głodnych, ubierają nagich, leczą chorych. Nie są oni jednak w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb, zwłaszcza, że ci, którzy zrezygnowali z walki o przetrwanie, czekają już tylko na dalszą pomoc. Niestety, ograniczając nasze działania li tylko do jałmużny, nie robimy nic innego, jak tylko podtrzymujemy istniejący stan rzeczy – utrwalamy nędzę i apatię. Utwierdzamy potrzebujących w przekonaniu, że trzeba być po prostu odpowiednio biednym, aby otrzymać pomoc i jakoś przeżyć.

Na wysokościach 3–4 tysięcy metrów n.p.m., na zboczach potężnych Andów, żyją potomkowie jednej z bardziej rozwiniętych w zamierzchłej przeszłości, a jednocześnie tajemniczej cywilizacji Inków. Jeszcze 500 lat temu Inkowie kontrolowali potężne imperium w Andach. Dzięki swej przewadze i lepszej organizacji, nierzadko bez konieczności przelewu krwi, przejmowali kontrolę nad sąsiednimi ludami, dochodząc w XIV wieku do 20- milionowej społeczności. Do imperium jednak dotarli europejczycy, którzy brutalnie podbili kraj i zdziesiątkowali jego ludność, unicestwiając kulturę, obrócili w perzynę dorobek pokoleń, niszcząc i grabiąc. W ciągu kilkunastu lat zniknęła z powierzchni ziemi wspaniała kultura. Jej twórcy i strażnicy – Inkowie, zostali w większości wymordowani, a ci co pozostali, zmienili się w niewolników lub rozproszyli w niedostępnych obszarach górskich, gdzie kolejne ich pokolenia wegetują w urągających godności człowieka warunkach.

Mieszkańcy Cuzco – obywatele Peru, z dumą opowiadali mi historie Inków, chętnie się identyfikując z ich starożytną kulturą, o mieszkańcach gór zaś mówią niechętnie. Niewiele zresztą o nich wiedzą. Tam w górach mówią quechua – starym, prymitywnym językiem, który funkcjonuje jedynie w tradycji ustnej. Pedro Conchaya–Kralewski twierdzi, że w języku tym nie można kłamać. Pedro jest synem Polki i potomka Inków. Ukończył filologię skandynawską na Uniwersytecie Gdańskim; poza językiem szwedzkim posługuje się polskim, angielskim, hiszpańskim i quechua – mową jego ojca.

W Cuzco żyje też Willem van Immerzeel, Holender, który od 1981 r. swoje życie poświęca walce z nędzą, inżynier z uniwersytetu w Wageningen, który stworzył Pacha Mama Raymi. Jest to narzędzie – metoda, która pozwala na szybką poprawę warunków życia wśród ludzi biednych.

Polega ona na ciągłym wyszukiwaniu i identyfikowaniu liderów – jednostek lub rodzin, którzy przez przykład, radę i konsultacje dzielą się swoimi umiejętnościami i doświadczeniem z innymi członkami społeczności, w której żyją. Identyfikacja „najlepszych” i dzielenie się ich „know how” dokonuje się m.in. przez konkursy. Konkurs zakończony znaczącymi nagrodami jest kluczowym elementem pomysłu Pacha Mama Raymi, jest narzędziem motywacji do poznania i pozytywnej konkurencji między jednostkami, rodzinami, szkołami, a także całymi społecznościami, jakimi są wsie i odpowiedniki naszych gmin i powiatów.

Willem Van Immerzeel oczarował mnie swoim zapałem, bezpretensjonalnością i rozległą wiedzą na temat życia ludzi w prymitywnych warunkach. Wówczas wyznałem mu, że celem moich wypraw turystycznych jest nie tylko poznanie popularnych atrakcji turystycznych, ale również – albo przede wszystkim – innych kultur, zwłaszcza kultur innych od zachodniej, określanych nieraz deprecjonującym mianem prymitywnych. Wreszcie, że szukam możliwości bliższego poznania rdzennej ludności i zapoznania się z warunkami, w jakich ona żyje. Wim (Willem) zaproponował mi podróż w góry, która – jak się okazało – zmieniła moje pojęcia, nie tylko o samej nędzy.

Do niektórych wsi można dojechać samochodem 4×4, jadąc karkołomnymi i wyboistymi drogami, a do innych dostać się tylko piechotą lub konno, pokonując potężne różnice wzniesień. Ekscytująca podróż już sama w sobie jest atrakcją. Doświadczony kierowca i miejscowy przewodnik dbają o bezpieczeństwo. Krajobraz, widoki zapierają dech w piersi.

Wioski przyklejone do zbocza gór. Ludzie mieszkają w chatkach, zbudowanych z gliny pomieszanej ze słomą z trawy. Żyją tak jak ich rodzice, ich dziadowie, pradziadowie. Ludzie prości, gościnni, mili, ale jakby coś zagubili. Zagubili tradycje, zagubili mądrość przodków. Cywilizacja ich ominęła, ale nie oszczędziła. Trochę bezradni – jak dorosłe dzieci. Nie mają gazet, radia, telewizji. Czasem gdzieś „zagada” zdezelowany tranzystor, jaki pamiętamy z dawnych lat w Polsce. Szkoły kształcą w stopniu podstawowym umiejętność czytania i pisania; na tamtejsze warunki jest to dużo. Kościoły zamknięte, bo księża też o nich zapomnieli. Cmentarze zarośnięte chwastami.

Zimno, w chatce płonie ognisko, na które trzeba dmuchać przez bambusową rurkę. Robią to często dzieci, jednocześnie oddychając dymem z drzewa. Chatka jest całkowicie zadymiona – część zatrutego spalenizną powietrza ucieka przez otwory w ścianie albo przez dziury w dachu – suficie. Chatka ma drugie pomieszczenie. To z ogniskiem to kuchnia, a drugie sypialnia i magazyn ziarna, ziemniaków i pozostałej żywności. Brak izolacji. Ściany, często ażurowe, nie zatrzymują ciepła. Brak podłogi – klepisko. Obuwie to sandały lub po prostu boso.

Z ludźmi w chatce mieszkają zwierzęta: świnki morskie, kilka kur, czasem świnia. Świnki morskie to przysmak kulinarny Peru. Żyją z ludźmi od lat, żywiąc ich swoim wątłym ciałkiem. Bydło i konie, jeżeli są, żyją swoim życiem, pozostawione luzem dzień i noc. Niska temperatura powoduje, że tracą całą energię, którą udało im się zgromadzić, obgryzając liście krzewów w ciągu dnia. Są potwornie chude. Ludzie się nimi nie interesują do momentu, gdy ich potrzebują, np. żeby zjeść.

Higiena nie stanowi tu większego problemu: nikt się nią nie przejmuje. Sprawy załatwia się praktycznie tak, jak to robią zwierzęta. Myje się rzadko, w małej misce wody. Czasami szkoły urządzają wycieczki do ciepłych źródeł, jeśli takie są w okolicy. Podstawa żywienia to kukurydza i ziemniaki. Ogrody przydomowe zarośnięte chwastami. Rozwój dzieci opóźniony jest o ok. 4 lata. Wszyscy wydają się znudzeni beznadziejną walką o przetrwanie, apatyczni. Nie umieją i pewnie już nie mają siły walczyć. Wyczerpani, akceptują ubóstwo i nędzę. Dochodzą do wniosku, że tak chyba musi być. Tracą nadzieję.

Tak poznałem nędzę. Spędziłem w jej towarzystwie 5 dni. Odwiedziłem 4 wsie w dystrykcie Challabamba: Paucartamboo, Laly, Chimour, Bomboon. Ludzie przyjęli mnie dobrze. Odstępowali mi swoje miejsca do spania, karmili tym, co mieli, prowadzili od wsi do wsi. Po drodze spotykałem nędzę, ale również zgoła inne obrazy. To wsie będące już w trakcie programu Pacha Mama Raymi, po pierwszej serii konkursów. Chwalili się swoimi osiągnięciami. Pokazywali nowe latryny, kominy, wybielone i urządzone kuchnie, uszczelnione i pomalowane domy, warzywa oraz rośliny lecznicze w ogrodach, komposty, doły z humusem, nowe stawy z pstrągami, naturalnie nawiezione i zagrodzone pastwiska, wreszcie zagrody i proste budynki dla zwierząt.

Nędza to choroba psychiczna grup ludzkich, nawet całych społeczeństw. Nędza pojawia się w towarzystwie beznadziejności. Braku perspektyw na przyszłość. Braku marzeń. Braku wyobraźni, że jutro może być lepiej. Przerwanie łańcucha nieszczęść wyzwala nową energię niezbędną do życia, do rozwoju.

My, Polacy, i cały świat zachodni, którzy dostaliśmy od losu najwięcej, mamy szczęście, że możemy pomóc innym – że możemy choć odrobinę oddać. To nie obowiązek: to zaszczyt i honor, że możemy komuś pomóc w potrzebie.

Pisze to tutaj, bo wiem, że słowa swoje kieruje do ludzi wrażliwych, którzy połączyli się właśnie po to, żeby pomagać innym. Jednocześnie piszę do ludzi, którym było dane znaleźć drogę do sukcesu. Nie jest moim celem wywołanie wzruszenia, wzbudzenie  litości, łez. Chcę natomiast żebyście się poczuli podobnie, jak czuję się ja. A ja czuję wstyd! Przez 40 lat mojego dorosłego życia odwracałem głowę od ludzkiego nieszczęścia udając, że mnie to nie dotyczy, że pewnie tak musi być. Jest mi wstyd, albowiem zobaczyłem, że ludzie, ten sam gatunek co ja, żyją w warunkach nieporównywalnie gorszych niż mój własny pies, nasze krowy czy świnie! Jest mi podwójnie wstyd za hipokryzję moją i ¾ ludzkości, która pozwala ¼ ludzkości gnić w nędzy, zastanawiając się czasem nad tym, że może oni są bardziej szczęśliwi niż my; mamy przecież recesję. Jest mi też wstyd i z tego powodu, że do tej pory tak mało zrobiłem żeby zaktywizować tysiące, a może miliony, nieproduktywnych, beznadziejnych nędzarzy dla wspólnego interesu nas wszystkich Mieszkańców Ziemi.

Piszę również w nadziei, ze uda mi się Was namówić na spędzenie następnego urlopu w przepięknym Peru i że uda mi się Wam pokazać pierwsze efekty mojej peruwiańskiej inwestycji.

A zaczęło się tak. Po powrocie z Challabamba Wim pokazał mi rozliczenia programu, który widziałem w górach. Cena „wyleczenia z nędzy” wydała mi się śmiesznie niska: 40,00 USD za jednego człowieka. Program trwa 3–4 lata. Pieniądze pochodzą od donatorów prywatnych – najczęściej ludzi biznesu. Wim nazywa ich Millenium Champs, a wieśniacy „padrinos“ – chrzestni. Zauroczeni efektami, które zobaczyli w Andach, „wynajmują“, jak to nazywa Wim, jego ludzi – ekspertów z Pacha Mama Raymi, do zwalczania ubóstwa. Płacą z góry, ale z gwarancją efektów. W przypadku ich braku po pierwszym roku Wim zobowiązuje się do zwrotu ROTARIANIN 3•2009 38 REPORTAŻ pieniędzy. Padrino płaci zwykle 50% kosztów. Drugą połowę płaci burmistrz z funduszy państwowych, przeznaczonych na ten cel. Wim upiera się przy tym, żeby program był finansowany z dwóch źródeł, zapewnia mu to wsparcie zarówno ze strony padrino, jak i akceptację władzy. Gringos są tu często podejrzewani o skłonności do ciemnych interesów. Niestety nie bez podstaw, historia odcisnęła tu swoje piętno.

Eksperymentowi Wima przypadam się także z perspektywy własnych doświadczeń, jako biznesmena i pracodawcy. Mój Pałac w Paszkówce koło Krakowa jest prowadzony i zarządzany przez zespół 7 osób, które kiedyś w mojej firmie znalazły swoją pierwszą pracę. Pracując uczyły się sztuki hotelarskiej. Nabierały doświadczenia. Jednocześnie przez wyjątkowe zaangażowanie wnosiły i wnoszą nadal do atmosfery pałacu swoją osobowość. Stają się jego częścią, częścią zespołu, który jest zdolny zarządzać czterogwiazdkowym hotelem, znanym ośrodkiem konferencyjno – szkoleniowym. Pałac w Paszkówce wyrósł z ruin. Uznaliśmy wspólnie, że Pałac będzie wspanialszy, gdy się podzieli swym bogactwem z tymi, którzy jak on kiedyś dzisiaj stanowią ruiny – ludzkie. Zadeklarowałem $1000 miesięcznie na czas nieokreślony.

Z państwowych statystyk wynika, że dystrykt Ocongate w okręgu Cuzco jest jednym z najbiedniejszych dystryktów w Peru. Ludzie żyją tam głównie dzięki i tak głodowym zasiłkom rządowym, popadając w coraz większą nędzę z jej wszystkimi objawami: chorobami, głodem, analfabetyzmem, złym traktowaniem kobiet i dzieci, wysoką śmiertelnością. We wrześniu 2008 r. do Ocongate wędruje Bryan Marsalis, absolwent Kanzas University, w celu sporządzenia ewaluacji w terenie i przeprowadzenia wywiadu, którego celem jest stwierdzenie, czy mieszkańcy Ocongate zechcą się włączyć do programu Pacha Mama Raymi. Po miesiącu Bryan wraca i przesyła mi opracowanie ukazujące stopień nędzy, a także przekazuje, że zarówno mieszkańcy Ocongate jak i władze lokalne wyrażają gotowość włączenia się do programu. Ocongate to 8 wsi. 6 z nich bierze Dr Carl Greer z Lisle, IL. Ja biorę pozostałe dwie: Chaupimayo i Marampaqui, z których udział w programie deklaruje 160 rodzin, ok. 1000 osób. Około 50% mieszkańców. Są ciągle nieufni, niepewni obcych. W grudniu do Ocongate został oddelegowany zatrudniony przez Wima lider – Bonaventura. Młody rolnik, który wygrał wiele konkursów w swojej wiosce Paucartamboo, był sędzią przez kilka lat, a teraz doszedł do głównego zaszczytu: – jest liderem – tym, który koordynuje konkursy, mianuje sę- dziów konkursowych, uczy, rozlicza. Bardzo ważna osoba. Bonaventura ma 36 lat. Nie wiem, jakie szkoły ukończył, ale mówi po hiszpańsku, czyta i pisze. Dobrze sobie radzi z formularzami. Przy pierwszym spotkaniu, jadąc samochodem, wyjął z plecaka zwykły zeszyt, otworzył go na jakiejś stronie i podał mi go. Na stronie, którą zobaczyłem, była mapa, bardzo starannie narysowana ołówkiem. Jakby patrzył z najwyższego szczytu. Opisane tam były wszystkie szczyty gór, rzeki, drogi…– ciekawe. Dumny był bardzo z tej mapy. Narysował ją sam, bo widział taką mapę wcześniej. Lubi rysować mapy. Bonaventura chodzi w sandałach na bose stopy. Zwykłe spodnie, koszula, sweter. Niczym się nie różni od swoich rodaków, poza kamizelką i kurtką z napisem Pacha Mama Raymi, z których jest bardzo dumny i na co inni patrzą z wielkim szacunkiem. Pacha Mama Raymi to w języku quechua, dlatego jest ich własne. To część kultury ich ojców. Oni go czują bardziej niż hiszpański.

Bonaventura idzie do Marampaqui – wsi w dystrykcie Ocongate, gdzie planujemy wystartować z programem. Jest im to obce, trochę dziwne, ale słyszeli o Pacha Mama Raymi. Przyjmują go. Pozostaje tam kilka dni, opowiadając, pokazując zdjęcia. Chodzi od domu do domu i opowiada, odpowiada na pytania… o sobie, o jego wiosce, o innych, które wzięły udział w programie. On ich poznaje. Wyszukuje najlepszych, tych, którzy najszybciej reagują pozytywnie. Z nimi rozmawia dłużej. Ich wprowadza. Im tłumaczy, odpowiada na pytania, rozwiewa wątpliwości. Po kilku dniach ma 6 rodzin chętnych do współpracy. Z nich musi wyłonić „sędziów”, którzy, jak on odejdzie, będą kontynuowali to, co on zaczął. Wcześniej zwołuje całą wieś z jej prezydentem i jeszcze raz przedstawia program – cele, spodziewane efekty, nagrody. Dyskutują. Niepewni. Podejrzliwi. Gringos dają nagrody, bo chcą przejąć ich kopalnie. Jakie kopalnie? Nie wiedzą. Ktoś tak mówił. Jest grupa świadków Jehowy. Byli tu kilka lat temu i stworzyli małą gminę. Nie podoba im się Pacha Mama Raymi, bo to pogańskie. OK. Bonaventura zbiera głosy, podpisy. Świadkowie Jehowy konsekwentnie bojkotują przedsięwzięcie. Listę podpisało jednak 50% rodzin. To dobrze. Reszta się przyłączy w trakcie programu, tak jest zawsze. Są po prostu nieufni. Bonaventura idzie dalej. Do Chaumpimayou i następnych.

Po miesiącu ma już listy z wszystkich wiosek dystryktu. Czas się udać do burmistrza, do dystryktu. Idą Bonaventura, Willem (Gulliermo) i padrino. Mnie tam nie było – byłem w Polsce. Poszedł Carl Greer. Przedstawiają, dyskutują, przekonują. Burmistrz jest za, ale jeszcze jest rada gminy. Kolejne dyskusje, pytania, tłumaczenia. Chodzi o pieniądze. Tutaj są to bardzo duże pieniądze. Zostawiają burmistrza z radą do podjęcia decyzji, jak ją podejmą, dadzą znać. Czas ucieka, monitowania, telefony, odwiedziny. Carl z Willemem jadą jeszcze raz. OK! Jest akceptacja. Burmistrz zrobił wspaniałą robotę i przekonał członków rady. Wchodzą. Dystrykt Ocongate deklaruje 40 000 USD.

Wracamy do wsi. Bonaventura obwieszcza, że dystrykt się zgodził. Program rusza. Bonaventura ustala w każdej wsi kandydatów na sędziów. Spędza z nimi teraz dużo czasu. Ma przygotowane tabele z pracami, które muszą być wykonane. Budowa kominów, oddymianie, budowa latryn, sprzątanie wnętrz, sprzątanie i urządzanie obejść, ogrodów, warzywników, plantowanie ziół leczniczych, produkcja humusu, kompost, ogradzanie, ocieplanie chat, urządzanie kuchni, malowanie wewnątrz i na zewnątrz, budowanie łóżek, przechowywanie produktów rolnych, budowanie klatek dla świnek morskich, klatek dla kur, zagród dla owiec, dla bydła, sadzenie drzewek, instalacja bieżącej wody, budowanie stawów dla pstrąga, organizacja pastwisk, rozbudowa chat, budowa większych…Itd. Często program zmienia się w trakcie. Pojawiają się nowe potrzeby – nowe zadania.

Wieś chce uhonorować swojego „padrino” budując dla niego chatkę. Od  tej pory „padrino” może ich odwiedzać, gdy tylko zechce i może tam zamieszkać. I jego rodzina, przyjaciele. Ma swój dom. Ponieważ jest bardzo zimno w nocy Bonaventura podsunął pomysł, żeby zainstalować podgrzewane łóżko. I wybudowali. To na zasadzie „przypiecka”. Łóżko zbudowane jest z mieszaniny gliny, trawy i kamienia. Półka gruba do 20 cm, uzbrojona gałęziami, drewnem jest mocna – można spokojnie na niej spać, ale jest twarda. Ziemia też jest twarda. Pod półką tą przechodzi przewód kominowy – komin. W czasie dnia kiedy w piecu się pali, dym z pieca nagrzewa łóżko, które w nocy powoli oddaje swoje ciepło zmarzniętemu ciału padrino. W ten sposób wieśniacy okazują swoją wdzięczność. Są rzeczywiście bardzo mili. Dzielą się  z Tobą wszystkim co mają. Chociaż to dla mnie jest niewiele, ale dla nich jest to wszystko. Czasem wprawia to w zakłopotanie. Traktują Cię, jakbyś był lepszy od nich. Patrzą z jakimś podziwem. A może to nawet grzech tak myśleć.

Każde zadanie jest punktowane w odpowiedniej skali. Te najważniejsze – zadania na wczoraj – są preferowane punktowo, żeby ruszyć. W czasie finału konkursu wszyscy odwiedzają zagrody. Oglądają, wypytują, punktują. Następnie odbywa się liczenie punktów, wyłonienie najlepszych. Rodziny, które zdobyły najwyższą liczbę, otrzymują nagrody. Nagrody są pieniężne w wysokości 300–700 soli. To 100– 250 dolarów. To wysokie nagrody. Ok. 300 wystarcza tam na utrzymanie jednej osoby przez rok. Kwoty te są zwykle przeznaczane na zakup narzędzi do gospodarstwa, zwierząt zarodowych, elementów ogrodzenia pastwisk itp.

Po pierwszym etapie zgłaszają się nowi zainteresowani. Uwierzyli, kiedy zobaczyli. Liczba uczestników konkursu wzrosła do 70% mieszkańców dystryktu. Konkurs trwa. Lista prac konkursowych jest bardzo długa. Dochodzą prace wspólne dla wsi. Dotyczą one szkół, a nagrody otrzymają szkoły, nauczyciele, uczniowie i rodzice. Zaczynają współpracować; konkurs na remont kościoła i cmentarza to nagroda dla całej wsi. Wspólne ujęcie wody. Wspólny wypas owiec. Naprawa dróg. Budowa centrum wiejskiego...itd. Prac konkursowych jest wiele. Ich realizacja trwa od 3 do 4 lat. Kolejność realizacji zależy od biorących udział w konkursie. Są trzy główne cele: 1. Poprawić stan zdrowia – prewencja. 2. Podnieść stan edukacji. 3. Zwiększyć wydajność i efektywność pracy mieszkańców.

Odwiedziłem Prowincję Pacajes w Boliwii w którek przeprowadzono konkursy 14 lat temu, z pieniędzy Dexela. Dzisiaj tam nie pamiętają nędzy. Regularnie co tydzień przyjeżdża ciężarówka i zabiera na targ nadwyżki produkcji rolnej. Szkoła ma boisko do piłki nożnej; do ośrodka zdrowia co tydzień przyjeżdża lekarz, a do kościoła powrócił ksiądz. Dzieci schludnie ubrane, czyste, siedzą w ławkach w jasnych klasach, z oknami, w których są szyby.

Do wsi zaglądają turyści. Wieśniacy oferują kwatery, spełniają rolę przewodników. Ci z namiotami mają wydzielone pole kampingowe nad jeziorem. Ciężarówka, która przyjeżdża po płody rolne, przywozi z miasta artykuły pierwszej potrzeby, które sprzedają turystom. Miejscowym specjałem jest pstrąg hodowany na miejscu w naturalnych warunkach. Wszystko tu ekologiczne, pyszne! Turyści, którzy zatrzymują się tutaj, są traktowani jak goście i członkowie rodziny jednocześnie. Tylko najlepiej prowadzone gospodarstwa mają prawo ich przyjmować. Nad czystością i jakością żywienia czuwa specjalnie do tego celu powołany komitet i władze gminne.

Wszystko to może wygląda jak bajka, jest to jednak rzeczywistość. Przeprowadzenie programu kosztuje, jak już wspomniałem, 20–40 USD na osobę. Efekty są jednak trwałe. Słowo nędza tu w Boliwii nie pasuje. Ludzie żyją może biednie, ale codziennie ich byt się poprawia. Od lat już im nikt nie pomaga. Już nie robią konkursów. Każdy dzień ich życia to konkurs. Tak jak u nas. Konkurs, który albo wygrywamy, albo przegrywamy. Dzisiaj przegrany? To nic. Jutro to następny konkurs i następna szansa wygrania. Wieśniacy w Challabamba radzą sobie teraz doskonale sami. Ktoś pchnął koło fortuny, a dziś ono kręci się już samo.

 

Nędza jest chorobą łatwo uleczalną.
„We make a living by what we get; we make
a life by what we give”

                                               Wilston Churchill
http://www.massillonlibrary.org/sites/default/files/images/rotary_intl_logo.jpg

 

Moim macierzystym klubem jest RC Wawel w Krakowie. Zagranicą jestem większą część roku, więc na spotkaniach bywam w klubach amerykańskich. Można powiedzieć, że łączę dwa kontynenty. Wim słyszał o Rotarianach. Wim poznał mnie z Rogerem Rodriguezem z RC Inka w Cuzco. Poszedłem na spotkanie. Bardzo eleganccy Ci rotarianie z Cuzco. Bardziej europejscy w odróżnieniu od amerykańskich, którzy zbierają się bardziej na roboczo. Często rano przy śniadaniu, albo na lunchu – rzadko wieczorem przy kolacji. Roger bardzo dobrze prosperuje jako przedsiębiorca. W ruchu rotariańskim już dziewięć lat. Zorganizował cztery Granty. Pomagają. Potrzeby w Peru są wielkie. Możliwości ograniczone. Współpraco wał z klubami amerykańskimi z USA. Amerykanie mają dużo pieniędzy. Nie szczędzą, ale trzeba ich przekonać

Od października 2008 r. odwiedzam kluby w dystrykcie 6440, bo tu mieszkam. Rozmawiałem z PG i z obecnym gubernatorem. Sceptyczni. Ktoś inny powiedział: cały świat oczekuje od nas pomocy i cały świat nas nienawidzi za to, że jest nas stać na tę pomoc. Może. Moje prezentacje w klubach robią wrażenie. Mój polski akcent, moja prywatna historia pomaga. Podkreślam przy każdej okazji, że my, polscy rotarianie, do tej pory inicjowaliśmy granty jako biorcy. Polska była beneficjentem. Nam pomogli. Teraz nie tylko nie wyciągamy ręki po pomoc, ale sami pomagamy. Podobnie może być w Andach. I podobnie będzie. Z 21 klubów, które odwiedziłem, żaden nie odmówił. Obiecali, że jeżeli nie w tej, to w przyszłej kadencji. Wróciłem do gubernatora. „Zróbcie to najpierw z Polski, na małą skalę. Jak Wam wyjdzie, to my się przyłączamy”. OK.

Projekt nazywa się Rotary Raymi (w Quechua znaczy to festiwal rotarian) i obejmuje pomocą cały dystrykt Omacha w okręgu Cuzco. 15 wsi, 1700 rodzin, 8500 ludzi. Omacha to jeden z najuboższych dystryktów Peru. Preliminarz opiewa na 150 000 USD w pierwszym roku i tyle samo w każdym następnym, aż do 4 lat. Burmistrz partycypuje w projekcie z 30 tysiącami. My musimy uzbierać pozostałe 120.

Mój klub Wawel z Krakowa podjął się reprezentacji i koordynacji projektu. Miałem szczęście zainteresować programem kilkanaście osób. Plan jest następujący. Po wystąpieniu na konferencji we Wrocławiu, wybieramy się w Polskę – odwiedzać kluby i osobiście odpowiadać na pytania kolegów, rozwiewać wątpliwości, przekonywać do projektu. Chcemy do końca czerwca przedłożyć wstępny projekt gubernatorom RD 2230, a do końca lipca złożyć gotowy projekt do akceptacji w RI. Cel wynosi 120 000,00 USD łącznie. Polskie RC i RD 2230 nie są tak bogate jak amerykańskie, ale 120 tysięcy to też nie milion.

Rotary Raymi ma wszystkie cechy potrzebne do zaistnienia i stania się wielkim projektem. Niektórzy mówią, że ma duże szanse. Załatwia problem nędzy, kompleksowo eliminując wszystkie jej objawy, jak ubóstwo, głód, choroby, analfabetyzm, z którymi Rotary walczy od lat. Prowadzi do wzrostu zamożności na terenach ekonomicznie zaniedbanych. Stymuluje rozwój gospodarczy. Pasuje do każdego klimatu i każdej kultury. Przynosi błyskawiczne efekty.

Liczę na Was koledzy. Nie! To Matka Ziemia na nas liczy. Zwłaszcza nam, Polakom, ostatnio dała dużo. Więcej niż innym, dużo więcej. Może czas, żeby coś dać od siebie? Jestem do dyspozycji Waszej i Waszych klubów. Ze mną są inni, którzy chętnie Was odwiedzą we wszystkich siedzibach. Dajcie tylko znać, proszę.

 

Jan Oleksy
RC Wawel – Kraków, RC Geneva –IL,USA
jan.oleksy@paszkowka.pl

Ceny i Rezerwacja

Przyjazd
il. nocy

Oferty Specjalne

DLA ZAKOCHANYCH - PAKIET ... paszkowka - DLA ZAKOCHANYCH - PAKIET KRÓLEWSKI 2 dni, od 689 zł /noc

Zrób Prezent

Podaruj pobyt bliskiej osobie
czytaj więcej